Dzisiaj : Janusza Konrada Jutro : Marka Cecylii

Jarosławska Platforma Blogowa

O Jarosławiu i nie tylko

Kazimierz Ivosse

Kazimierz Ivosse - pisarz, poeta, dramaturg, publicysta prasy polonijnej "Dziennik Polski" (Londyn), "Teczka" (Paryż), a także czasopism w NIemczech, gdzie mieszka na stałe od 1988 r.("Kurier", "Nasze Słowo" i "Samo życie". Członek Pisarzy Polskich za Granicą (Anglia) oraz Polskiego Stowarzyszenia Autorów, Dziennikarzy i Tłumaczy w Europie A.P.A.J.T.E (Francja). Autor 16 powieści, trzech tomików wierszy, sztuk teatralnych i słuchowisk radiowych.

Oceń ten artykuł
(13 głosów)
środa, 17 październik 2018 18:38

Nie wywołuj imienia Cheruba…

Napisał

 

                Do tamtych dni prowadzą coraz bardziej rdzewiejące drzwi. Czas ulatnia się niczym przemożny zapach dymu, oddala się nienawiść od słowa… Niemcy, zaś miesiąc wrzesień kojarzy się nam raczej z początkiem niż z końcem. Z końcem czego? Wiadomo, że nie zginęła, póki my żyjemy. „Junkers” w moim obcym domu, to piec gazowy. Kiedy przekręcam gałkę, robi się nawet ciepło i przytulnie. „Messerschmit” to mały, ogrodowy ciągnik, a „Gruba Berta”, a Schleswig Holstein? Odeszły któregoś ranka działa, zarosły pokrzywą strzeleckie rowy, leje bombowe stały się wylęgarnią żab. I niebo nie jest już takie bezradne, a tam wzbił się wysoko biały orzeł. Innym był już ten kolejny wrzesień. Uprzątnięto powstańcze barykady, zdarto płachty pożarów, odbudowano domy i ulice, uprzątnięto do czysta kurz krwi i milionowe stosy ciał pogrzebano w ostygłą ziemię. Ustawiono pomniki chwały i zwycięstwa. Wchodzimy z dostojeństwem w wojskowe cmentarze, odgrzebujemy szczątki wyklętych żołnierzy, wracając im honor. I przy okazji oddalamy się spiesznym krokiem w nowy dzień. Wszystko zapadło w sen codzienności powagi śmierci, aby zmartwychwstać znów za rok. Wrzesień 1939, ten pierwszy akt dramatu naszego Narodu, jego kultury, zapisany jest w zeszycie na czysto mojego wnuka, dwóch wnuków i wnuczki. Biorę ich na odczyt o wojnie i pokoju w miejscowej bibliotece. Czy coś nas jeszcze dzieli, jakaś strona mroku? Są na tej ziemi miejsca, gdzie umiera się raz jeszcze, ale wapienny szkielet pamięci mimo kruchości, nie rozpada się, trwa. Trwa, jeżeli przeżyło się swoje i wie się już coś niecoś: o ludzkości i o tym najlepszym ze światów. Fryderyk Nietzsche, którego filozofii nie toleruję, nazywał to… wiedzą radosną. A my jesteśmy bezradni wobec tej wiedzy i nie utożsamiamy się z tym, iż strach bywa porządkiem. Dawniej zatrzymywałem się dosyć często przed ceglaną szramą zburzonej katedry w Hamburgu płacząc. Pozostawiono ją zbombardowaną. Jest w tej ruinie pożoga, która wciska się we mnie. Ten moloch jakim jest Hamburg, już dawno wyzwolił się z tamtego bombardowania dywanowego. I może właśnie tu wszystko wokoło ułożono w nowe symbole, w magiczne maski, bo świat musi iść do przodu, proszę pana. Nad wieloma miastami Europy przeleciał cmentarz, największy nad naszą Warszawą. Jest krzyk i milczenie. Szukam człowieka… Szukam tych trochę ocalałych miast, plemion, kultur, ale otacza mnie morze ciemności… Mare Tenebrarum… Martwe Morze. Z tego morza wyszliśmy i do tego morza wrócimy. Ślepi i głusi nadal na rzezie, wojny, pogromy, przemoc i terroryzm. Na ucieczki i szaleństwo. Nie przywołuj imienia Cheruba, nie wywołuj nadaremno, bo zjawi się po swoje w noc ciemną, a taką nocą ciemną był dzień 17 września 1939 roku. Ostatecznie ze wszystkiego możemy uczynić sobie piekło, kiedy nie reagujemy na zło, kiedy się nie buntujemy. Czujemy się wywróceni na opak, więc lepiej wmieszać się w tłum, zniknąć w nim, zamazać się i stopić w nim w jedną nieczułą, plastelinową papkę. Po co wszystko w nas ma być napięte, pogmatwane i powiązane, jak byśmy się bali, że za chwilę rozsypiemy się w proch. Cóż, czasami bywamy karceni za nasze myśli i kiedy to pisałem, waląc jednym palcem o maszynę, usłyszałem ogromny trzask w przyległym pokoju. Więc ktoś rzucił kamieniem, bo mieszka tu obcy, ktoś inny, niż oni. Na wielkiej szybie balkonowego okna zauważyłem bielejące koło, taką obręcz, jakby ktoś rzucił zapaloną pochodnię. Szyba wytrzymała uderzenie. Stanąłem na balkonie, wokoło cisza. Otaczające z tej strony dom ogrody były puste, zaś biała plama na szybie miała swoje uzasadnienie. Pod moimi stopami dogorywał właśnie gołąb. Nieszczęsny kamikadze, który pozostawił ostatni dech na szybie. Wiatr od morza zerwał czarne ptaszysko z papieru, jako znak ostrzegawczy…

 

Ostatnio zmieniany środa, 17 październik 2018 18:44

Wybrane zdjęcia

Jarmark Benedyktynski Autor-Nata

Orsettich noca

Ratusz K.Mruk

Ratusz K.Muk

Back To Top