Dzisiaj : Czeslawa Fryderyka Jutro : Daniela Dalidy

Kazimierz Ivosse

Kazimierz Ivosse

wtorek, 05 czerwiec 2018 19:38

Dla ocalenia Ojczyzny naszej i jej granic…

Zadawnione rządu naszego wady… W pierwszą rocznicę ustanowienia Ustawy Rządowej zwanej Konstytucją 3 Maja w kościele Świętego Krzyża w Warszawie zorganizowana była wspaniała uroczystość na której król Stanisław August wygłosił mowę, której początek brzmiał: „Prawdziwy i jedyny cel utworzenia nowej formy rządu nie był inny tylko żeby, ile po ludzku być może, wszyscy narodu polskiego współziomkowie równie byli uczestnikami udziału wolności i ubezpieczenia własności swoich (…) Przejęci byliśmy do dna dusz naszych bolesnym uciskiem przeszłych klęsk. Przyznaliśmy na koniec, że jedyne tych klęsk źródło było w nierządzie i że utracone to źródło być nie mogło, tylko uchyleniem tych wad rządowych, które dobrym rozkazom skuteczności nie dawały, a źle rozkazującym zbytnią moc zostawowały do ucisku mniej możnych przez obłudę…” Słowa te ukazały całe źródło nieszczęść, jakie Polskę trapiły i wyjaśniały istotę przemian uchwalonych rok wcześniej. Źródła tegoż upadku Rzeczypospolitej dostrzegali autorzy tekstu Konstytucji 3 Maja, pisząc lakonicznie w preambule do niej, iż Konstytucję uchwalają poznawszy zadawnione rządu naszego wady. W czymże wielkość tego dnia, to po nim nastąpił ostateczny upadek państwa polskiego, jak pisano, toż to Konstytucja ostateczne rozdarcie, zabór ojczyzny naszej przyspieszyła, ocalenia  nie przyniosła pomimo, iż król zapowiedział, że ma zabezpieczyć wolność i niepodległość rządu, utwierdzić naszą oraz przyszłych pokoleń szczęśliwość. Dzieło wielkie narodu jaką była Konstytucja w  krótkiej nadała to chwili, czego od wieków doczekać się nie mogliśmy. Oto wrogowie państwo rozdarli, ziemię zabrali, naród ujarzmili, a więc zawiodła nas ta Konstytucja, ocalenia nie dała i od największej klęski, od upadku politycznego nie wybawiła. Pytano, czemuż nikt nie złorzeczy i czemu cały naród ze czcią ją wspomina? Druga na świecie, pierwsza w Europie! W czymże ta moc dziwna i potężna? Co to za dzień, co to za dzień?! Był wtorek, dzień powszedni, a Warszawa strojna, jak na wielkie święto. Ulicami miasta płynie ku zamkowi, ku katedrze św. Jana morze głów w natłoku. Płynie od ołtarza hymn: „Ciebie Boże chwalimy”, iż w falach tego potężnego śpiewu tonie dźwięk rozlicznych dzwonów i armat huk. Niech pokolenie pokoleniom podają pamiątkę tego dnia. I szło to dziękczynienie przez ulice miasta, przez pola i lasy, rzeki i góry, ogarniając całą Polskę. I płynęły potem lata za latami, nieszczęścia padały na kraj, gromy biły i niedola, tyle nieszczęść i cierpień zwalały na naród.

Patrząc na to, co dziś dzieje się w Sejmie, na tę nową targowicę, która znów ku narodowemu dobru nie zmierza, jątrzy, bałamuci, nie usłyszymy jak ongiś trzykrotnego zawołania: zgoda, czego wymagała Ustawa 3-cio Majowa dążąca do zbawienia ojczyzny. Wówczas to bez końca wołano: zgoda, zgoda! Wstęp do Ustawy powiadał: „Poznaliśmy zadawnione nasze wady”. I my dziś mamy ich bez liku. Pycha oślepiająca, zaciętość wojująca, zdrada interesów Polski, wyuzdanie polityczne, ciemnota itd. Wówczas nawoływali do poprawy mężowie różnych epok. Jak gromy padały słowa Piotra Skargi, pełne przestróg i grozą przejmujące proroctwa. Szli za kaznodzieją i inni, którzy tę ziemię, ten naród ukochali. Nie słuchano ich. Wołał Stanisław Potocki: „Przemoc wewnętrznego nieładu, przemoc błędów, krew, majątek, interesa osobiste, życie nawet nasze, niczym są obok szczęśliwości ojczyzny”. Wołał poseł Linowski: „Jak prawić ślepcom o kolorach narodowego znaku biało-czerwone? Oto czas spala nam nad głowami naszemi domy polskie jak słomę. Sromotny stan kultury naszej politycznej wypełniające nasz czas wolności i swobody. Jamy i przepaście kopiemy sobie sami.”

                I dziś ojczyzna nasza jest niczym kamień kłębiący się, wrzący swarami i nienawiścią. Jesteśmy tym bardzo zajęci po obu stronach naszej wspólnej drogi. I jak długo jeszcze? Zapamiętajmy to w 100-lecie odzyskania niepodległości.

Nie wiem, czy ów dokument był kiedykolwiek publikowany w religijnej prasie. W naszym kraju w roku 1946 cienka książeczka, dziś już pożółkła, wydana przez Spółdzielnię Wydawniczą „Czytelnik” w Łódzkiej Drukarni nr. 4, tyle głosi skąpa informacja; nakładem Zrzeszenia Wolnych Badaczy Pisma Świętego (-). Powyższy dokument odnaleziony został w bibliotece watykańskiej w Rzymie przez studenta niemieckiego W. D. Mahona. On to przy pomocy ks. Ferlinchauzera, wówczas głównego „Dozorcy” biblioteki, zdobył kopię dokumentu za opłatą 72 dolarów. Dokument ten pisany jest językiem prostym i szczerym, a przy wielu szczegółach, które zawiera, wg wydawcy jest zgodny z tym co pisali ongiś Ewangeliści i można to uznać za istotny raport Piłata, rządcy Judei, pisany do rzymskiego cesarza Tyberiusza. Opis Jezusa, niektóre charakterystyki, a także okoliczności towarzyszące Jego niewinnej śmierci na krzyżu z punktu zapatrywania pogańskiego uczonego i urzędnika zdają się potwierdzać jego prawdziwość. Mam jedynie wątpliwości co do rzetelności oraz celów samych wydawców, czyli owych Wolnych Badaczy Pisma Świętego w Polsce. Jest faktem, że Piłat wzbraniał się wydać na śmierć „najszlachetniejszego człowieka jakiego kiedykolwiek widział”, usiłował użyć wszelkich środków, aby uwolnić Jezusa bowiem był świadomy, że wydanie Go Faryzeuszom i uczonym w Piśmie doprowadzi do najgorszego, tak silna była nienawiść oraz zazdrość za popularność Jezusa. Piłat kazał postawić wobec oskarżycieli Jezusa w tym celu, że jeżeli Go ujrzą, Jego szlachetne rysy, to ich złość i nienawiść odwróci się. Wskazując na Jezusa, zawołał przecież: „Oto człowiek”. To tak, jakby chciał powiedzieć: Człowiek, którego chcecie bym ukrzyżował, nie tylko jest Żydem ponad wszystkich Żydów, lecz jest człowiekiem wyższym od wszystkich ludzi… Pisał w raporcie Piłat: „W ostatnich kilku dniach miały miejsce wydarzenia w powierzonej mi prowincji, które przybrały taki charakter, iż uważam za właściwe opisać szczegóły jak one następowały jednej o drugich. Nie dziwiłoby mnie wcale, aby z biegiem czasu bogowie przestali okazywać swe łaski, a nawet mogę powiedzieć: Przeklęty ten dzień, w którym objąłem rządy nad Judeją po Walerianie Gracjuszu…” A dalej: „Pewien młody człowiek pojawił się w Galilei, który z szlachetnym namaszczeniem opowiada nowe prawa w imieniu bogów, którzy go posłali. Pierwotnie podejrzewałem, że może jego zamiarem było podburzać lud przeciw Rzymianom, lecz wkrótce moja obawa ustała. Jezus z Nazaretu przemawia raczej jako przyjaciel Rzymian, niż Żydów…”. Warto zapoznać się z całością dokumentu bowiem autor tego raportu, poganin i rządca Judei, ukazuje nam Syna Człowieczego zupełnie inaczej, niż zapiekli w nienawiści wielcy i znacząc pośród Żydów, podburzający motłoch do takiej, a nie innej reakcji. Piłat dla „rozumnej mowy Nazarejczyka” obdarzył Go zupełną wolnością osobiście przejęty prawdą, którą głosił, a przecież mógł Jezusa aresztować i zesłać na wygnanie do Pontu, jak pisze w raporcie. „Ponieważ Jezus nie podburzał, ani nie buntował”, pisał dalej, „dlatego rozciągnąłem nad nim ochronę, chociaż on o tym nie wiedział. Było mu wolno mówić, działać, zgromadzić lud, mieć uczniów, bez żadnej to przeszkody ze strony Pretorii” (miejscowej władzy). Raport jest dość obszernym dokumentem, stąd zamieszczenie go na blogu jest niemożliwe. A szkoda, bo Piłat namalował słowami jeden z piękniejszych portretów Jezusa…

środa, 07 marzec 2018 14:09

Polnische Wirtschaft

Rozwój polskiej gospodarki czyli polnische Wirtschaft od wieków interesowały Niemców, dla których ta ich gospodarka przedstawiana była jako wzór do naśladowania nie tylko dla nas, Polaków, ale całej Europy. Istotnie, po tej wojnie, dzięki Planom Marshalla, które odrzuciły rządy krajów komunistycznych, niemiecka gospodarka w szybkim tempie stanęła na nogi i dziś jej przewodnictwo jest niezaprzeczalne. Z historii pamiętamy rządy niemieckie w Galicji od roku 1772 do 1870. Wówczas Galicja odpadła od państwa polskiego za przyczyną pierwszego rozbioru. Wtedy to cesarzowa Maria Teresa uniwersałem z dnia 11 września 1772 r. ogłosiła zajęcie części ziem polskich, nazwanych później Galicją (Galicya) na rzecz Austrii, mianując rządcą kraju komisarza cesarskiego Antoniego hrabiego Pergena. On też był pierwszym gubernatorem do roku 1774. Z gmachów rządowych pozrywano polskie orły, dzieląc Galicję na obwody (Kreishauptmannschaft). Naczelnikami obwodów byli starostowie (Kreishauptmann). Ten czas był czasem „najazdu” Niemców, którzy w niemieckich prowincjach Austrii nie mieli pracy. Jacy to byli urzędnicy wystarczy wspomnieć dyrektora dystryktu (zarządu powiatowego) lwowskiego, Ferdinandi. Przed objęciem nobilitowanej funkcji wysokiego urzędnika, był we Wiedniu...lokajem. W Polsce przed rozbiorami król dzielił się władzą z Sejmem, do którego naród wybierał posłów. Była w Polsce wolność teraz zaś zapanowała rządność absolutna, stawiająca niemieckich urzędników ponad naród. Rozkazy szły z Wiednia. Do Katarzyny z Potockich hrabiny Kossakowskiej należały wielkie dobra w Galicji. Kiedyś bawiąc we Wiedniu, odwiedziła w zamku cesarskim cesarzową Marię Teresę, która zapytała jak też Wiedeń jej się podoba. „Bardzo”, odparła hrabina. „Miasto znacznie się upiększyło od czasu zajęcia Galicji. Mieszkańcy kraty z okien powyjmowali, albowiem tych, których tu się obawiano, rozesłano na urzędnicze stanowiska do Galicji”. Inna sytuacja, otóż ta sama hrabina pewnego dnia jadąc powozem z gubernatorem Lwowa Pergenem, dała żebrzącemu Polakowi jeden grosz, natomiast niemieckiemu żebrakowi całego dukata. Zadziwiło to gubernatora. „Uczyniłam tak, gdyż chcę sobie zaskarbić względy tego Niemca. To on najprędzej się tu u nas wzbogaci, a kiedy zostanie dygnitarzem, to będzie mi pamiętał dobrą jałmużnę”. Były to czasy nienawiści do wszystkiego, co polskie ze strony zaborców. Pisał Franciszek Karpiński (autor pieśni:, „Kiedy ranne wstają zorze”, „Wszystkie nasze dzienne sprawy”, czy „Bóg się rodzi, moc truchleje”); „Zowią się landsmany, a gorsi są, niż Tatary, Wrogi worka i wiary, Lubią, gdy co kogo boli...” Status urzędnika po dziś dzień stanowi: Urzędnik ma być stróżem prawa. Czy był, czy jest dzisiaj, sami to wiemy. Nawet urzędnicy piętnastej kategorii nie zyskiwali sobie w tamtych czasach uznania, nienawidzono ich na równi z tymi u samej góry. Nie Polak, ale właśnie Niemiec, który wydał w roku 1780 w Lipsku książkę o Galicji - pisał w niej m.in.: „Zaledwie co dziesiąty urzędnik, zasługiwał na mniemanie, że jest użytecznym dla państwa”. Według tegoż autora (Franciszek Kratter) „urzędnicy odznaczali się bezbożnością, brutalnością i rozwiązłością. Pożycie rodzinne tych sprowadzonych do Galicji urzędników, urągało wszelkim zasadom życia uczciwego, a ich żony były nie lepsze od mężów swoich”. Trzeba też dodać za autorem, że byli oni sprzedajni (brali kubany - czyli łapówki). Nic dziwnego, że były to lata nader smutne i ciężkie (jak to ma miejsce i dzisiaj). Szarańcza urzędników... Czekające nas wybory samorządowe pewnie znów namnożą nam podobnych do nich, aczkolwiek będą to nasi rodacy, nie zaś okupanci (-). Nic dziwnego, że Galicja szybko ubożała i wyniszczała się pod takimi rządami. Myśmy sami nazwali tę krainę Polską B. Wprawdzie w roku 1775 zostały zaprowadzone tzw. stany krajowe (sejmy), ale zwoływane one były rzadko, a przy okazji usuwano z obrad rzeczy i sprawy ważniejsze, gdyż mogły one niepokoić urzędników niemieckich. Od roku 1798 do 1817 nie były one wcale zwoływane. Pisząc ten felieton zastanawiam się, ile to podobieństw znajdujemy dziś z tamtymi czasami,a przecież rządzimy się sami we własnym, wolnym i niepodległym kraju. Urzędnicy niemieccy rządząc Galicją przez lat blisko sto, wzięli sobie za cel zubożenie tego kraju, ekonomiczne jego wyniszczanie. Pisał swego czasu Jan Sierpniak (Dziennik Cieszyński),cytuję: „Ludzie nie byli nawykli do chodzenia w jarzmie niewoli, trzeba tedy było ich zubożyć jak najbardziej, aby zubożywszy, zeszedłszy, jak to mówią - na psy, spokomieli - nad pokomymi zaś łatwiej się panuje samowolnie, bez żadnego ograniczenia, bez kontroli...” Nic dodać, nic ująć...a może jednak? Właśnie choćby mając na myśli 8-letnie rządy PO i PSL. Zapewne znów zechcą opanować i dorwać się do "koryta", na co nie wolno nam pozwolić. Pożyjemy, zobaczymy...

A to niebo nad Niemcami, nad Kościołem w tym kraju, bywa w ostatnich latach mocno zachmurzone. Jeżeli religia chrześcijańska jest ponadnarodowa, uniwersalna i jednocząca ludzi z Bogiem (i ze sobą), to zaproszenie Boga do domu poszczególnych wiernych staje się tutaj trudem coraz większym. Należałoby uruchomić ostry dzwonek wewnętrzny u katolików niemieckich. Powiedzieć głośno: Nie tędy! Zawracać! Czy byłby to zbyt gwałtowny imperatyw zważywszy na to, co tu się dzieje? Nie. Miłość, która nie jest uczuciem, wiara, która nie jest uczuciem a jedynie wyrachowaniem oraz zabudowaniem pustej przestrzeni wokół siebie, nigdy nie będzie prawdziwą miłością i prawdziwą wiarą. Czy katolicy niemieccy odchodzą od Boga? Czy ma na to wpływ sytuacja ekonomiczna rodzin niemieckich, która po wymianie marki na euro w sposób wyraźny się pogorszyła? Czy Kościół w Niemczech przeżywa kryzys?

Kościół katolicki w Niemczech liczy około 26.2 miliona wiernych, co stanowi 32% ogółu obywateli. Jest faktem, że od kilku lat średnio 100 tyś. katolików niemieckich podejmuje decyzję wystąpienia ze swego kościoła. Wiadomo, że wiąże się to z zaprzestaniem płacenia tzw. podatku kościelnego. Wynosi on 8 - 10% osobistego podatku dochodowego. Oczywiście jest to poważna dziura w budżecie, której Kościół nie ma czym załatać. Wpływy do funduszu kościelnego, to nie tylko ubytki z racji wspomnianej tu, ciągle pogarszającej się sytuacji ekonomicznej kraju, ale też z racji starzejącego się społeczeństwa. Warto dodać przy tej okazji, że ów deklarowany podatek kościelny pochodzi od 1/3 katolików, gdyż nie opłacają go emeryci, młodzież ucząca się i oczywiście dzieci. Rzecz jasna,iż zmusza to władze kościelne do szukania oszczędności. Jak wskazują publikowane w prasie katolickiej dane, sama diecezja berlińska posiada w bankach oraz instytucjach kredytowych długi sięgające w tej chwili ponad 150 ml euro. Bacon mówił: „Mało filozofii odwodzi od Boga, dużo filozofii - prowadzi do Boga”. W sytuacji ekonomicznej nie pomoże żadna filozofia. Oczywiście katolicy niemieccy, jak i mieszkający tu nasi rodacy, doskonale rozumieją tę sytuację, w jakiej znalazł się Kościół. Wracając do sytuacji berlińskiej kurii, planuje ona redukcję 400 etatów, zamknięcie seminarium duchownego a także likwidację około 100 istniejących w diecezji parafii (na ogólną ilość 207). Planuje się zamienienie niektórych świątyń na galerie sztuki lub sale koncertowe. Inne mają być wyburzone zaś działki po wyburzeniu świątyń i kaplic mają być zlicytowane. Te wszystkie potencjalne zmiany nie mieszczą się wprost w głowie, zaś opracowane programy oszczędności w innych, bulwersujących aspektach, rzecz jasna wpływają emocjonalnie na katolików, budząc tak w Niemcach jak i w Polakach tu żyjących frustracje oraz ból. Prowadzone są rozmowy w których, obok Niemców, uczestniczą także nasi rodacy na czele z księżmi, którym przewodzi rektor Polskiej Misji katolickiej ks. Stanisław Budyń. Najgorsze są wizje strat duchowych wiążących się z likwidacją seminariów, parafii, wyburzeniem kościołów i kaplic, czy ich przeistoczeniem w ośrodki kulturalne.

poniedziałek, 15 styczeń 2018 14:16

Święty na miarę tego czasu

Od dłuższego czasu w Hamburgu na placu katedralnym prowadzone są prace wykopaliskowe. Obecnie archeolodzy niemieccy doprowadzili do niezwykłego odkrycia, otóż znaleziono tam części płyty nagrobnej papieża Benedykta V. Jak wiadomo papież ten został w roku 964 „zdetronizowany” przez cesarza Ottona I i zesłany właśnie do Hamburga, gdzie też zmarł w roku 965. Ciało Benedykta V zostało przewiezione do Rzymu, jednakże wierni z tego miasta wznieśli eks - papieżowi okazały pomnik nagrobny w istniejącej podówczas katedrze Matki Bożej. Cenne wykopalisko zaintrygowało władze miejskie Hamburga i będąc w posiadaniu części owej płyty nagrobnej, postanowiono odtworzyć wierną kopię nagrobka,przy czym zostanie on umieszczony w kompleksie planowanego Forum Archeologicznego. Hamburg jest metropolią, gdzie wedle kościelnych statystyk aż 50% mieszkańców jest nieochrzczonych. Święty Bonifacy (St. Bonifatius), Apostoł wszystkich Niemców (Apostel der alle Deutschen) niewątpliwie jest tam, w niebie, mocno zawstydzony. W roku 2004 Niemcy obchodzili Jubilaumsjahr związany z postacią tego wielkiego misjonarza. (1250 Todestag des Apostels der Deutschen). Ukazało się sporo książek i publikacji broszurowych na temat żywota świętego. Odbyła się też premiera musikalu (Bonifatius - das Musical). Winfried Bonifatius zmarł 5 lipca 754 roku i do dzisiejszego dnia nie wiadomo, co było przyczyną jego śmierci w wieku 51 lat. Nowy testament wyznaczył mu zadanie, które żarliwie wypełniał, zaznaczając Kościół niemiecki w Rzymie mocnym, wyraźnym akcentem. „Geht hinaus in die ganze Welt und verkiindet das Evangelium allen Geschópfenl”. (Mk 16,15). Przez 40 lat przemierzał Europę, porzucając klasztorną celę. Zresztą celę benedyktyńskiego klasztoru w Exeter poznał w dzieciństwie jako „puer oblatus”. Dotarł do Anglii i Szkocji, wędrował przez Francję, niosąc Boże słowo,a także zakorzeniając głęboko pojęty humanizm, kulturę oraz to, co Niemcy określają... freiheitsverstandnis. Jego niezwykła osobowość (Prsonlichkeiten) mogła fascynować. Był mu przychylny ówczesny papież Grzegorz II„a także jego następca Grzegorz III (731 - 741). Trzykrotne odwiedziny Rzymu odbył pieszo pokonując Alpy. Jest rzeczywiście świętym na te trudne czasy, co potwierdzał następca Jana Pawła II - Benedykt XVI. W roku 1980 odwiedzając Fuldę, gdzie pochowany jest ten święty, nasz Papież powiedział: „Vielen sagen, dies Geschichte neige sich dem Ende zu. Ich sage euch: Diese Geschichte des Christentums in eurem Land soll jetzt neu beginnen, und zwar durch euch, durch euer im Geist des heiligen Bonifatius geformtes Zeugnis..”, co w wolnym tłumaczeniu znaczy: Wielu uważa i twierdzi, że historia tego świętego przebrzmiała i ma swój koniec. Ja mówię wam, ta historia chrystianizacji waszego kraju oraz narodu przebiega dalej, a towarzyszy jej nieodłącznie duch świętego Bonifacego, jego świadectwo. Cóż, zawsze kochamy za mało swoich świętych.  Stąd może fakt, że w tym molochu, jakim jest Hamburg, tylu nieochrzczonych obywateli. Co pozostanie, gdy już odejdzie wszystko, przykład świętości takoż?

Nasz ukochany Ojciec Święty wiedział, że tylko promień z Krzyża może ocalić ten świat i tchnąć weń życie...

czwartek, 21 grudzień 2017 09:12

Kantyczka

Oczywiście jest to rodzaj kolędy, dziś już po trosze zapominanej, kolędy zwracającej się do celu, który jest zawsze dalej niż człowiek. Trudny do zrozumienia to wywód jak choćby to stwierdzenie, iż człowiek winien ćwiczyć się w modlitwie. Bo kolęda to także wielka modlitwa. W roku 1910 w połowie grudnia redaktor „Prawdy", czasopisma katolickiego — X. Melchior Kądzioła wydał w Krakowie takie właśnie „ Kantyczki z nutami". Wyboru kantyczek dokonał (właściwie je zebrał), Jan Kaszycki, kierownik szkoły ludowej, zaś muzyką „ okrasił"(przejrzawszy ja pierwej) Feliks Nowowiejski, którego tu nie trzeba przedstawiać. Był to noworoczny podarunek dla czytelników tejże, „Prawdy". Rzeczywiście zebrane kantyczki już sama nazwą „ dusze cieszą i radują". Jest prawdą, że z kolędami zapoznajemy się od dzieciństwa, kochając je i zżywając się z nimi. Są to wspaniałe utwory poezji ludowej. Jak pisał w przedmowie ks.Kądzioła „... są one pełne wdzięku i naturalnego słowa, a tyle ciepła i bogactwa w nich form poetyckich, że czujemy, jak tu muzyka podała rękę poezji". Adam Mickiewicz wyraził się o kolędach, że są one „ arką przymierza między dawną, sławną naszą przeszłością, a smutną teraźniejszością". Pisał te słowa przecież w okrutny czas zaborów. Oto stara kolęda powiada: „Do stajenki Polacy przybyli i pytają Pana: Czy się też odrodzi ojczyzna kochana? Dzieciątko się śmieje, więc miejmy nadzieję..." Wiadomo, że kolędy układane były na dworach królewskich, w pałacach rycerskich i u możnych panów. Układali je duchowni, organiści, bakałarze szkół parafialnych, pisarze i poeci a także lud wiejski. A zatem wychodziły one z duszy narodu. W kolędach jak w zwierciadle odbija się zatem dusza polskiego narodu; wesoła, żywa, pełna bujnej fantazji a nade wszystko miłości Boga i ojczyzny. Nie znamy wszystkich twórców kolęd po nazwisku. Nikt wówczas o tym nie myślał. Inne narody też posiadają własne kolędy, ale tak pięknych jak nasze, nie ma na całym świecie. Wyznaje ks. Kądzioła: „ Włoch lubi w kolędach pieszczotliwości, Niemiec daje w nich nauki i upomnienia. Polacy zaś radują się z Narodzenia Bożego, niejako spoufalając się z Bożą Dzieciną i Jego świętą Matuchną i Józefem starym" Może i naiwna ta poufałość, ale pełna wdzięku i krasy. Jest w tych kolędach tyle ciepła, „takie wylanie uczuć", że tęsknimy do ich śpiewania. Czasami zda się, że Betlejem stoi na naszej, polskiej ziemi, gdyż wszystko ma w tych kolędach nasz wymiar, są nasze wiejskie chaty, nasza ziemia, nasze swojskie imiona Maćków, Wojtków i Stachów. Melodie do tych pięknych, urzekających słów ułożone też są wyrazem duszy narodu. Jest w nich smutek, ale też i radość, jest tęsknota za dobrem i prawdą, za miłością wzajemną i oddaniem. Rzecz jasna omawiane tu „Kantyczki z nutami" nie stanowiły pełnego zbioru. Jest ich przecież tysiące. Wiele pozostaje bez nut. Taki zbiór powinien znaleźć się w każdym polskim domu i warto teraz, przed Bożym Narodzeniem, zajrzeć do księgarń w ich poszukiwaniu. Może to być najlepszy prezent pod choinkę w miejsce pstrokatych bawidełek mechanicznych, podróbek wszelakiego kalibru tak przecież obcych w naszej kulturze.

wtorek, 03 październik 2017 14:18

Nasza wiara w Boga a wojna…

W tych smutkach i utrapieniach ostatnich choćby dni po kataklizmach pogodowych buntującej się natury; nawałnicach, trzęsieniach ziemi, powodziach, powtarzających się atakach terrorystycznych, groźbach szaleńca z Korei Północnej, rysujących niebo smugami coraz bardziej doskonałymi rakietami, odwetowych groźbach, nie wspominając już o wielkich manewrach wojskowych „Zapad’2017” w bliskości naszych granic, manewrach wojsk natowskich i dozbrojeniu sił militarnych stacjonujących tu, u nas, wojsk amerykańskich i ostatnio powiększonej ich liczbie, czy wszystko to może oznaczać coś najgorszego…wojnę? Czy rzeczywiście świat znalazł się raz jeszcze na skraju przepaści? Czytam ostatnio książkę pt.: „Nasza wiara w Boga a wojna” autorstwa prof. Józefa Jatscha wydaną w Polsce  w roku 1916, nakładem i czcionkami Drukarni „Głos Narodu” w Krakowie własnym sumptem jej tłumacza ks. Jana Głąba P.W.D., który w poczuciu patriotyzmu, dochód ze sprzedaży przeznaczył na Zakład Sierot po Poległych w Boju Polskich Żołnierzach. Książka o rok wcześniej wydana była we Fryburgu w firmie wydawniczej B.Herdera i zawiera dziesięć apologetycznych kazań głoszonych na nabożeństwach akademickich kościoła św. Klemensa w Pradze, gdzie kaznodzieja był wykładowcą na Uniwersytecie Niemieckim im. Karola Ferdynanda. W przedmowie autor uzasadnia wybór tematyczny kazań… „Zjawiskiem towarzyszącym przeżywanemu przez nas gwałtownemu wstrząśnieniu narodów jakim jest wojna” , pisze „jest bezsprzeczne obudzenie się ducha religijnego tak żywej działalności w modlitwach i nabożeństwach, jakiej nie spodziewali się, ani przyjaciele, ani wrogowie religii”. Czy my w tych czasach nie przeżywamy również przebudzenia do trwałego życia religijnego? Odpowiedzmy sobie sami w duchu. Jego kazania były zatem próbą skierowania obudzonego przez wojnę uczucia religijnego na właściwe tory. Mnie osobiście zainteresowało to, co napisał o naszym Janie III Sobieskim, cytuję „Nie jest prawdą, że Bóg staje zawsze po stronie silniejszych, dowodzą tego dzieje minionych wojen. Oblężenie Wiednia przez Turków w 1683r., niewielka była wówczas ilość mieszkańców grodu w porównaniu z potężną armią turecką. Wcześniej straszliwa dżuma szalała w Austryi dolnej, pochłaniając setki tysięcy ofiar. Może niespełna 20 tys. mężczyzn stało na murach. Także wojsko posiłkowe, które pod wodzą króla polskiego zjawiło się  na Łysej Górze, nie dorównywało pod względem liczebnymi ogromnej armii tureckiej. Sam król polski- dziecko przed obliczem Boga- służył do Mszy Św., którą w dniu bitwy nad ranem odprawiono. I jakiem on potem zajaśniał bohaterstwem w obliczu wroga!  Z okrzykiem: „Bóg naszą obroną” i z pieśnią „Boga-Rodzica-Dziewica, Bogiem sławiena Maryja”, rzucił się na czele swego rycerstwa na bisurmańską hordę i odniósł zwycięstwo. Turcy uciekli w popłochu z pola walki i od tej pory już nigdy nie zapuszczali swoich zagonów tak daleko w głąb Europy…” Modlitwa wyposaża nas siłą duchową, mówił kaznodzieja, a ta jest ważniejsza od siły cielesnej. I miał rację ponad sto lat temu…

czwartek, 17 sierpień 2017 14:54

Ostatnie ze wszystkich drzwi

NIEPODLEGLI....słowo to posiada wiele znaczeń, zaś w historii naszego narodu wyeksploatowane zostało niemalże do końca. Długa jest lista tych przeciwko którym powstawaliśmy z upadku na kolana ze swojej piędzi ojczystej ziemie i z ziemi obcej. Wiele bywało wschodzących zórz, jutrzenek, przedświtów zwiastujących Polakom słoneczny dzień mamiących nadzieją, że oto wreszcie...Są słowa nieposłuszne, bywają słowa niczym grobowe kamienie.I są słowa jak oddech śpiącego dziecka; lekkie,zwiewne,ulatujące gdzieś w dal. Są też słowa grzmiące jak górski potok w listopadową noc, w grudniowe i styczniowe noce, we wszystkie noce minionych stuleci. Wystarczy wczytać się w księgę polskiej historii. Usłyszymy je wszystkie poznając,co z nich zrodzone i co w nich umarłe. Łańcuch pokoleń spoczywa tam z coraz bardziej rdzewiejącym napisem: ZA NIEPODLEGŁOŚĆ . Odświętny,listopadowy blask świec, wydobywa literka po literce zrozpaczonym matkom i ojcom sens istnienie ich synów i córek, wydobywa z mroku sens ich walki. Jeszcze wczoraj na jednym z wielkich cmentarzy warszawskich widzieliśmy bladą załzawioną twarz jednej z takich matek, a potem i ona zniknęła w pomroce zapadającej nocy. Nasze matki noszą w sobie ból całego świata. Od ilu to już stuleci łzy żłobią na ich policzkach bruzdy, od ilu stuleci kołacze w ich sercach nadzieja, którą zwą matką głupich. Po kładce czasu przechodzimy z pokolenie w pokolenie z łopocącym sztandarem z napisem: NIEPODLEGŁOŚĆ. Pisał poeta:"Buntowałem się, ale sądzę, że ten skrwawiony węzeł powinien być ostatnim, jaki wyzwalający się potarga... "  To Zbigniew Herbert. Ostatni węzeł, czerwcowy, grudniowy, sierpniowy, wiosenny, węzeł...Podlegli komuś, czemuś. Módl się, synku. Módl się, jesteśmy już blisko drugiego brzegu. A patrząc na to wszystko co dzieje się w naszym kraju zda się, że ten drugi brzeg jeszcze daleko. Daleko drugi brzeg...To zasłyszana kołysanka czy może krzyk rozpaczy? Już nad kolebką matczyne ręce utkały śmiertelne koszule dla przyszłego powstańce, dla pacholęcia z wielkim werblem u boku. Urwis Gawroche z barykady paryskiej, legionista, czy dwunastoletni ochotnik Powstania Warszawskiego Witold Modelski w zbyt wielkim hełmie z biało- czerwoną przepaską. A ci młodzi z Katynia, spod Monte Cassino. A ten niesiony na ramionach robotników ?  Ilu z nas jeszcze i po jaki czas ? Studnia wieków. NIEPODLEGŁOŚĆ najcierpliwsze ze słów, uparte, dumne  ale też wyświechtane przez zajadłych wrogów, których nie brakuje u nas. Ale to wiecznie żywe słowo, pulsujące niczym krew w aorcie nadziei. Idziemy! Idziemy w nową przyszłość,  a wam nie po drodze z nami. Idziemy razem ku ostatnim być może ze wszystkich drzwi. Nad nami płonie biało-czerwone niebo prawdy, że miłość do Ojczyzny nigdy nie zagaśnie.
czwartek, 22 czerwiec 2017 11:46

Warto wierzyć

Warto wierzyć... Słowa te wybierają wszystko w sposób najprostszy. I co może nas przejąć w taki uroczysty dzień, że niebo i ziemia pozostają takie same od roku 1264, kiedy to papież Urban IV ustanowił to święto - Boże Ciało. Ludzie oczekują od wiary sensu życia, a przecież życie w wierze jest owym sensem samym w sobie. Ktoś powiedział mi: potrzebne mi jest minimum dobrego samopoczucia, aby wierzyć. Najbardziej dokuczliwy rodzaj ludzi, którzy gadulstwem o wierze, już dostępują dobrego samopoczucia, rozgrzeszając się ze swojej niewiary, lub też wiary płytkiej, nijakiej. Wiaro zejdź w moje oko. Wiaro, rozpłyń się w mojej krwi. Wiaro, zstąp w moje usta, wpłyń na mój język. Dla wielu rzeczy człowiek potrafi się otwierać, bywa jednak, że na wiarę pozostaje zamknięty i nieprzenikniony. Rzecz jasna, iż nie można wejść do wnętrza majowego deszczu, gradu, wichru, kamienia, drzewa. One są dla nas zatrzaśnięte niczym wieka trumien. Ale można wejść do otwartego dla każdego z nas domu wiary. Ale nie filozofujmy. Anna Kamieńska pisała w swoich dziennikach, będąc po wielu latach swojej niewiary na drodze do Boga...pisała: Wyobraźmy sobie człowieka przedhistorycznego z okresu kultu niedźwiedzia: oto w nocy, skulony na barłogu z liści słyszy, jak gdzieś blisko w krzakach szamoce się jego bóg i z głuchym pomrukiem stąpa, a pod jego łapami trzaskają gałęzie. A potem znika - na długie zimowe dnie i noce, najcięższe, najciemniejsze, burzliwe. Wtedy bóg chrapie w odległej o rzut kamieniem jaskini, obojętny na losy ludzi... Zdarzało się czasami dzikiemu człowiekowi upolować boga, albo znaleźć go martwego. Tedy wlókł jego cielsko do swojej kryjówki, obierał z mięsa, zaś kości wyssawszy ze szpiku, układał w kształt koła wokół jaskini. Myślał pewnie, że ten jego bóg będzie go chronił od innego boga. Nocny strach i nikła nadzieją ludzka, a może to właśnie początek wiary? Pismo Święte mówi o tych początkach inaczej, ale czy my na co dzień czytamy tę Księgę Prawdy? Cóż, w tym naszym życiu wszystko zdaje się być pomieszane i rozproszone. Chwytamy zaledwie jego okruchy. Mówimy, nie ma miłości, nie ma przyjaźni, nie ma wzniosłych rzeczy w stanie idealnym. Pewnie w tym zamieszaniu gubi się też nasza wiara. A działanie ducha dla wielu wydaje się być dookolne, okrężne. Czy winna jest nasza niedoskonałość umysłowa, a może lenistwo w tym, co winniśmy tworzyć w codziennym myśleniu? Czy nie jesteśmy czasami podobni do biednych ludzi ociemniałych, którym tak trudno przychodzi mówić o kolorach, w które ten świat jest tak obfity za sprawą ręki naszego Boga? Ostrożność, czasami też nieufność w stronę wiary, to nasze kalectwo. Kuśtykamy, wspierając się o kij bojaźni i bezdomności naszego serca. I dlatego tak często poddajemy się współczesnemu toteizmowi czyli czci jakiejś idei, grupie społecznej uformowanej w tę czy inną partię.
Zatem czas, abyśmy pozbyli się lenistwa wiary, umysłu i czynu, gdyż naprawdę... warto wierzyć!
poniedziałek, 29 maj 2017 09:20

Urszula Ledóchowska - święta w Czarnym Borze

Minął Dzień Języka Ojczystego (Międzynarodowy). Obliczono, że zginęło około 13 tysięcy narzeczy i języków. Pozostało ich od 6 - 7 tysięcy. Na pytanie dlaczego, ongiś padła znamienna odpowiedź: z racji głupoty człowieka. Urszula Ledóchowska nie była politykiem, zawsze lubiła szorstką prostotę, nieśmiałość, rezygnację z wielkich i pięknych słów. Wiedziała, że właśnie taki powinien być język współczesnego jej apostolatu, język mądrego milczenia i samej obecności. A była z dziećmi zawsze. W miejscowości Czarny Bór pod Wilnem w roku 1919 została założona szkoła powszechna. Od roku 1927 opiekę nad tą szkołą obejmuje właśnie matka Urszula Ledóchowska. Grupę polskich i zagranicznych pisarzy i poetów w ten majowy czas gościło wspaniałe grono nauczycieli z dyrektorem placówki p. Jasiulewiczem i oczywiście uczniowie, którzy przygotowali przepiękny, patriotyczny koncert. W chwili obecnej naukę w szkole pobiera 248 uczniów. Opiekę pedagogiczną sprawuje 41 nauczycieli, wśród których 12 pedagogów to wychowankowie tej szkoły. Oczywiście Szkoła Średnia w Czarnym Borze nosi imię św. Urszuli Ledóchowskiej. „To miejsce pełne jest łaskawości tej mądrej zakonnicy", powie przed kamerami telewizji wileńskiej Romuald Mieczkowski, inicjator poetyckich „Majów nad Wilią'' którego byłem uczestnikiem. Samodzielna polska szkoła w Czarnym Borze w dobie komunistycznej hegemonii Rosji Radzieckiej, nie miała łatwego życia. W ramach akcji „100 szkół dla Wileńszczyzny" w roku 1933 oddano do użytku nowy, drewniany budynek. Po wojnie oczywiście „jak grzyby po deszczu" powstawały klasy rosyjskie, także litewskie, aby w końcu staraniem ludności polskiej tu osiadłej, szkoła stała się trójjęzyczną. W roku 1992 decyzją pełnomocnika Rządu Republiki Litewskiej na region wileński, szkoła w Czarnym Borze zostaje zreorganizowana na rosyjską i polską, wtedy też powstaje samodzielna Szkoła Średnia z polskim językiem wykładowym.  Jej dyrektorką zostaje p. Janina Lebrikienć.  W świat wychodzi pierwsza promocja maturzystów. Dopiero w roku 2002 (30 października) decyzją Rady Samorządu rejonu wileńskiego, szkoła otrzymuje imię Urszuli Ledóchowskiej. Obecny dyrektor p. Mieczysław Jasiulewicz pełni tę funkcję od 1996 roku. Wspaniała to postać człowieka oddanego całym sercem polskości. W roku 1999 szkołę odwiedził prezydent Republiki Litewskiej Waldas Adamkus.  Miejsce to odwiedzane jest przez niemal wszystkie grupy wycieczkowe z Polski, do czego i ja w tym miejscu namawiam. Corocznie w szkole odbywa się wiele imprez. Tradycją stały się uroczystości z okazji ślubowania „pierwszaków", przedstawienia jasełkowe, łamanie się opłatkiem, dzień Babci i Dziadka. Rozpoczęcia i zakończenia roku szkolnego zawsze poprzedza Msza św.  Działają tu liczne kółka zainteresowań: informatyczne, tańca estradowego, muzyczne, teatralne, piłki nożnej, krajoznawcze, plastyczne itd. Szkoła otwarta jest na współpracę z innymi szkołami i organizacjami młodzieżowymi, nie tylko na Litwie. A to Litwa walczy z językiem polskim, co należy wyraźnie podkreślić...

PS: z Hymnu szkoły:
Matko Urszulo, przeszłaś przez Życie
Z jasnym uśmiechem dobroci.
Naucz odnaleźć w szarych zajęciach
Codzienną ścieżkę radości.

Ref. Szkołę naszą miej zawsze w opiece,
Spójrz łaskawie na nasz kraj.
Naucz nas twą drogą iść wytrwale
I uśmiechu Twego promyk daj.
Tyś zaszczepiła polskiego ducha
Troskę o polską mowę.
Przykładam jest nam Twoje życie,
Wskazówką są Twoje słowa.
Strona 1 z 2

Wybrane zdjęcia

Jarmark Benedyktynski Autor-Nata

Orsettich noca

Ratusz K.Mruk

Ratusz K.Muk

Back To Top